Goths not dead!
Miguel and the Living Dead, fot. Artur Szmidt

Goths not dead!

Rozmowa z Tomkiem Zrąbkowskim

Na ulicach dużych polskich miast pojawili się goci. Chociaż ich styl przypomina ten sprzed 40 lat, to manifestuje całkiem współczesną postawę. Mieszkańcy tego mrocznego świata spotykają się na koncertach z cyklu Old Skull, który obchodzi właśnie swoje dwudziestolecie

Jeszcze 5 minut czytania

RAFAŁ KSIĘŻYK: Pamiętasz pierwszy koncert cyklu Old Skull sprzed 20 lat?
TOMEK ZRĄBKOWSKI:
Pierwszy Old Skull odbył się w Jadłodajni Filozoficznej przy Dobrej, zagrali Miguel & The Living Dead i to był też ich pierwszy koncert. Przyszło bardzo dużo ludzi. Piękne to było! Koncerty robiłem już wcześniej, w latach 90., ale ludzie nie przychodzili, a ja nie miałem pieniędzy, żeby do tego dopłacać. Wtedy musiałem sobie darować. Właściwie to dzięki temu, że w 2001 roku powstał Miguel, nabrałem przekonania, że warto zacząć na nowo, ponieważ od początku towarzyszyła im jakaś konkretna siła. Choć podczas pierwszych edycji ta grupa grała jako support, to gdyby nie ona, te zagraniczne zespoły, które zapraszałem, przyciągnęłyby może 20 osób. Więc support był ważniejszy niż gwiazdy wieczoru. Teraz Miguel & The Living Dead znowu wystąpią na Old Skullu.

A to nie było tak, że ty wykreowałeś ten zespół, który od początku zwracał uwagę spójną stylizacją w duchu starych horrorów klasy B? Na ówczesnej polskiej scenie takie rzeczy raczej się nie zdarzały.
Nie. To była inicjatywa Piotra vel Bobika vel Nerve’a 69, jak się podpisywał. Didżejowałem kiedyś na imprezie u Radka Sanczeza z DHM-u, a on podszedł do mnie i wręczył mi demo. W tamtym czasie wydawałem zine’a „Cold”. Kojarzyłem już Piotra, bo wyglądał inaczej niż wszyscy. A jak posłuchałem nagrań, stwierdziłem, że są zajebiste. Miał gotową koncepcję. Wiedział, że to ma się obracać wokół żywych trupów, czaszek, horroru. Wszystko miał dopracowane. Połączył siły z chłopakami z Hatestory i do dzisiaj rdzeń zespołu – gitara, wokal, bas – to ci sami ludzie. Napędzaliśmy się nawzajem, Old Skull i Miguel. Przez kilka lat byłem kimś w rodzaju ich menadżera i jeździliśmy po Europie: Czechy, Niemcy, Włochy, Hiszpania, Francja, Anglia, na Wschodzie byliśmy w Wilnie. Weekendowe minitrasy po trzy koncerty, bo chłopaki w tygodniu oczywiście pracowały.

Zaskoczyłeś mnie tym, że w latach 90., kiedy eksplodowała scena alternatywnych klubów, nie znajdowałeś publiczności dla swoich gotyckich czy zimnofalowych koncertów.
Zacznijmy od tego, że kiedy na początku lat 90. chodziłem do Hybryd czy Stodoły na Giełdy Czadowe organizowane przez Pietię z Qqryq i pytałem, czy mają coś z mrocznego postpunka albo gotyku, to sprzedawcy nie bardzo wiedzieli, o co mi chodzi. Gotyk kojarzył się przeważnie z Closterkellerem. Radio dla nas nie istniało – w audycjach autorskich tego nie grali. Nawet Beksińskiego bardziej interesował rock progresywny niż gotyk.

Pozostawała wymiana kaset ze znajomymi i ściągane z Zachodu ziny. Tak też robiłem. I na bazie tych lektur zapraszałem pierwsze zespoły. Na przykład The Last Days of Jesus, z którymi do niedawna byłem związany personalnie i koncertowo – ostatnio zagrali na Old Skullu w ramach swojej pożegnalnej trasy. W latach 90. pojawiły się nowe miejsca do grania alternatywnej muzyki, ale tam królowały hc/punk albo metal. Na zespoły hc/punk, które przyjeżdżały z całego świata, przychodziło po kilkaset osób. Sam chodziłem, ale jeśli miałbym ci teraz powiedzieć, co z tego najbardziej utkwiło mi w głowie, to, szczerze, niespecjalnie mi w głowie coś utkwiło.

W aktualnym logo Old Skull masz wpisane: „postpunk, goth, cold wave”. To jest statut programowy?
No tak, to są główne rzeczy, które są grane w ramach Old Skulla, ale ściągam też trochę psychodelii, powiedzmy, postshoegaze’owej, mocniej transowej, z nawiązaniami do krautrocka, nie jest wykluczony industrial i noise. Generalnie interesuje mnie mroczna muzyka powiązana z postpunkiem.

Tomek Zrąbkowski

W latach 90. pisał do „Brumu” i „Plastiku”, od 2001 tworzył zin „Cold”, był też redaktorem naczelnym efemerycznego magazynu muzycznego „Zine”. Pod koniec XX w. zorganizował kilka gotyckich koncertów pod szyldem Ghostmaniac. Współtworzył label Furia Musica. Jako Old Skull od 2004 roku organizuje koncerty. Zdarza się, że wydaje też płyty pod tą nazwą. Na koncerty chodzi nieprzerwanie od roku 1983, często. Obecnie pisze książkę o oldskullowych koncertach, zespołach i pobocznych historiach, którą wyda najpewniej sam i w minimalnym nakładzie.

I jak to mroczne granie ewoluowało w kolejnych dekadach funkcjonowania Old Skulla?
Lata 90., kiedy jeszcze nie używałem tej nazwy, były kompletnie do dupy. Jako gotyk funkcjonowała wtedy niemiecka siermięga z łańcuchami spod znaku Umbra et Imago albo Das Ich. Ciężka elektronika i metalowe gitary. Postpunkowy gotyk za sprawą chociażby Fields of the Nephilim skręcił w stronę metalu albo zmienił się w klony Sisters of Mercy – automat perkusyjny, gitarowe pajączki i głęboki głos. Dopiero w początku tego wieku coś się zaczęło dziać, coś wróciło, może jako odpowiedź na słabe lata 90. Zainteresowanie mrocznym postpunkiem wzrastało, wzrastało, aż naprawdę wystrzeliło.

A tak naprawdę mocno można to było poczuć, gdy zaczęły na nas spadać wszystkie te klęski: pandemia, świadomość katastrofy klimatycznej, wojna. Dopatrywałbym się związków między złymi czasami a muzyką gotycką. Masa nowych zespołów powstaje. I nie tylko o to chodzi. W ubiegłym roku w Anglii ukazały się aż trzy obszerne książki o gotyku, gdzie opisywana jest historia tej estetyki, począwszy od romantyzmu, ale też pełno tam wspomnień z lat 80., o Joy Division, The Cure, Bauhaus, Siouxsie and the Banshees. Jedną z nich napisał perkusista The Cure, Lol Tolhurst.

Powrót gotyku widać też na ulicach dużych polskich miast.
W Warszawie to jest teraz total! Czasami jadę metrem i widzę kilku gotów – mrocznie wyglądającą młodzież, co wcześniej się nie zdarzało. W Polsce jest kilka, może i kilkanaście nowych zespołów. Głównie z większych miast: Warszawa, Wrocław, Katowice, Poznań. I ci młodzi goci przychodzą na ich koncerty, a wyglądają tak radykalnie, jak prawie nigdy w tym kraju nikt nie wyglądał. Czarne stroje, farbowane włosy, irokezy, czaszki wygolone na skroniach, kolczyki, ciężkie buty, turpistyczny makijaż. Pewnie na co dzień używają mniej make-upu i mniej się malują, ale trzymają styl. Grupa wiekowa 17-25 lat, głównie dwudziestolatki. Widuję też gości typu gotyk na bogato, którzy, zgaduję, nie mają pojęcia o subkulturowych niuansach, docenili czerń i wisiorki z czaszkami, wszystko z drogich sklepów. Najwyraźniej nastała moda, która bardzo łatwo przenika do młodych ludzi.

pierwszy koncert z cyklu Old Skull, autor: Mirtpierwszy koncert z cyklu Old Skull, autor: Mirt

Nie tylko za sprawą muzyki nurt gotycki w popkulturze jest bardzo silny. Ile było gotyckich seriali Netflixa ostatnio! Estetyka Hammer Films nie jest im obca. Moja 11-letnia siostrzenica opowiadała mi, że u niej w szóstej klasie są goci. To było po serialu o Wednesday Addams, który niewątpliwie wyrył dziury w wielu młodziutkich głowach. Kiedy kilkanaście lat temu jechaliśmy z Miguelem na koncerty do Berlina czy Paryża, z połowa publiczności wyglądała ortodoksyjnie. Czasem śmialiśmy się, że wiele osób przychodzi się tam pokazać, a muzyką raczej się nie interesuje. W Warszawie tej wizualnej strony nie było. To się zaczęło dopiero kilka lat temu. Za sprawą nowego pokolenia.

Wychodzi na to, że mówimy o ludziach, którzy czasy okołmaturalne spędzali na kwarantannach?
Bardzo możliwe, z wyliczeń mogłoby to właśnie wynikać.

Co się zmieniło?
Gender. Młodzież jest dziś wrażliwa pod tym względem i całkiem jej chyba dobrze, gdy nie musi się jednoznacznie określać. Trzeba uważać, żeby w tym towarzystwie używać odpowiednich zaimków. Trans wypłynął jako jedna z podstawowych kwestii tożsamościowych. Młodzież zapragnęła to wyrazić, zamanifestować swoją obecność. I scena gotycka jest tu doskonałym miejscem. Goci są bardzo androgyniczni. Ale raczej się nie ograniczają – ci z Warszawy są związani z innymi alternatywnymi scenami, punka, metalu. Jest nawet alternatywny wrestling, gdzie bywają punki, goci, metale. Jest to świetny młodzieńczy ferment, ludzie grają w kilku zespołach naraz, nie tylko punk, gotyk, ale też takie hybrydy jak witch wave, są jakieś nawiązania do industrialu, granie na beczkach.

Ale jeśli chodzi o styl, to oni cytują historyczną estetykę rodem z londyńskiego klubu Batcave, który powstał w 1982 roku.
Tak, jak najbardziej. Androgynia była jedną z cech tamtego kręgu. W latach 80. stosunkowo niewiele osób bywało w Batcave, ale legenda tego miejsca i jej siła oddziaływania wciąż są bardzo żywe. Z czego wynika, że mniejsza o to, jaka była prawda, liczy się wyobrażenie. A wyobrażenie o Batcave? Hedonizm, androgynia, seks, glam, punk, nocne życie klubowe. Taka mieszanka. W Anglii lat 80. w niemal każdym większym mieście wypączkowały kluby wzorujące się na Batcave, a potem rozpleniły się na Francję i Niemcy, które w latach 90. stały się zagłębiem gotyku w trochę karykaturalnej, niestety, formie.


Młode polskie zespoły doskonale wiedzą, co to był Batcave, i je to jara, przede wszystkim jeśli chodzi o muzykę. Lata 90. chyba jarają mniej. Batcave był specyficzny pod tym względem, że nie stwarzał sztywnych reguł. Mniej ważne było, jaką grasz muzykę, bardziej jaki klimat stwarzasz. Jeśli zespół był mrocznawy, zakręcony, dziki, to o to chodziło. O romantyzm, dekadencję, nihilizm i eskapizm.

Myślisz, że polskim gotom chodzi głównie o eskapizm?
Nie do końca. To jest deklaracja lewicowa. Eskapizm odbywa się tu tylko w wymiarze estetycznym, na zasadzie ucieczki od siermięgi rzeczywistości. Ale ideowo liczą się tu weganizm, prawa zwierząt, niejednoznaczność płciowa. To są postawy równie radykalne jak podziemny skłoterski hc/punk. Zresztą te młode gotyckie zespoły grywają też na squotach.

20-lecie Old Skull, autor: Krzysztoff Skain May20-lecie Old Skull, autor: Krzysztoff Skain May

A czy dla tego pokolenia 20-latków mangi nie były ważniejsze niż Batcave?
To już wcześniej dało o sobie znać. Znam też z Old Skulli ludzi, dziś już koło czterdziestki, którzy zaczęli przychodzić na koncerty dlatego, że byli fanami visual kei. To japoński nurt, w którym liczy się nie tyle styl muzyczny, ile maksymalny styl wizualny, który sporo też czerpie z gotyku lat 80. Makijaże, nastroszone włosy, falbany. Różne ścieżki sprowadzają ludzi na Old Skulle. Przychodzą też ludzie, którzy w latach 90. zaczynali od Marilyna Mansona. Publika się zmienia cały czas. Ludzie się wykruszają z osobistych powodów, ale też często wracają, na przykład rozpada się małżeństwo, znów przychodzą na koncerty; jeśli spotkają znajomych, zostają na dłużej. Przychodzi coraz więcej osób, ale to powolny proces, jeśli go rozłożyć na wszystkie te lata.

Powiedz coś o tych nowych polskich grupach z bliskich ci tradycji. Podkreślasz ciągłość sceny, skoro na jubileuszowy Old Skull zaprosiłeś też zespół 1984, który w przyszłym roku będzie obchodził 40-lecie istnienia.
1984, czyli Rzeszów, tamta scena to oddzielna historia, zimna fala łamana przez gotyk. W polskich realiach to była rzecz absolutnie pionierska. Polska szkoła zimnej fali to jest na świecie znak jakości, który cieszy się taką samą estymą jak polski jazz czy polska szkoła plakatu, w kręgach fanów zimnej muzyki oczywiście. 1984, Variete, Made in Poland i – przede wszystkim – Siekiera to są rozpoznawalne, doceniane zespoły. To samo z działającą od ponad 20 lat łódzką kapelą Wieże Fabryk, która jest kontynuatorem tego rodzaju grania. Uważam natomiast, że nie było polskich zespołów postbatcave’owskich, Closterkeller czy Pornografia inspirowały się raczej The Sisters of Mercy. Pierwszy był Miguel, który też ma na świecie kultowy status.

Dopiero dziś młode zespoły odwołują się do tamtej postpunkowej tradycji. Mam na myśli poznańskie Natures Mortes i masę zespołów warszawskich: Eat My Teeth, Marie Laveau, Faraway, zainteresowany też dubem, i nowave’owy Allarme. One dobrze się rozwijają, wciąż próbują innych rzeczy, widzisz je raz na trzy miesiące i za każdym razem są inne. Czuć u nich nieustanny ferment. To dotyczy nie tylko Warszawy, Schröttersburg z Płocka przeszedł ewolucję od postpunka/noise’u, przez zimną falę, do mocnego industrialu, ale to zespół całkiem już doświadczony i nie taki młody. W tę samą stronę podąża wrocławska Opowieść, powiązana personalnie z zimnofalowo-psychodeliczną Psychoformaliną. Największy strzał ostatnich lat to według mnie trio KSY z Katowic. Zaczynali jako duet Kosy i od zimnej fali przeszli do prawdziwie epickiego gotyku z potężnym brzmieniem.

Ile koncertów udało ci się zorganizować przez te 20 lat?
Było prawie 170 koncertów, z czego tylko pięć takich, na których grały wyłącznie polskie zespoły.

Z których zagranicznych gości jesteś najbardziej dumny?
Z zespołów, które grały w Batcave, czyli Ausgang i Twisted Nerve. Ausgang to dla mnie jeden z podstawowych zespołów tamtych czasów. W Batcave zagrał trzy razy i na Old Skullu też trzy razy. Wymienię też Les Tetines Noires, francuski zespół w surrealistycznej aurze. I jeszcze Part 1, którzy grają jedyny w swoim rodzaju jazgotliwy gotyk, nikt ich nie zna, ale jak usłyszy, to jest cios. Oni wyszli ze sceny anarchistycznej, byli związani z Nickiem Blinko z Rudimentary Peni, w tamtej epoce wydali zaledwie jeden album. Zajebiste było to, że słuchałem tych zespołów w latach 80., 90., dużo o nich myślałem i w końcu udało mi się je ściągnąć, poznałem tych ludzi osobiście. Z młodszych kapel to może Frustration, Cross Stitched Eyes – kapele wywodzące się ze sceny hc/punk, ale w moich klimatach – był na nich stage diving i zabawa na całego. No i zawsze Miguel and the Living Dead, który zresztą będzie razem z nami obchodził swoje 20-lecie.


Był ktoś, kto zaskoczył cię albo zadziwił w sferze pozamuzycznej?
Lifeless Past, dwóch młodych gotów z Karaibów. Pochodzą z tej samej małej wysepki na Antylach Holenderskich, ale poznali się dopiero na emigracji w Holandii. Przyjechali na Old Skull w środku polskiej zimy w trampkach.

Kto przyciągnął najwięcej ludzi?
Ostatnimi laty, choć wojna w Ukrainie trochę przyhamowała popularność tego rodzaju brzmień, furorę robiło „soviet wave”, czyli muzyka, która wyrosła na bazie brzmień radzieckich syntezatorów i muzyki Kino. Niby nowa fala, ale miękka, bardzo melodyjna. Molchat Doma z Mińska po raz pierwszy na Zachodzie zagrali na Old Skullu, a potem stali się gwiazdą, grają na dużych amerykańskich festiwalach, koncertują po całym świecie w całkiem dużych salach. Pamiętam, że w kwietniu i październiku 2019 roku przed Pogłosem stały na nich kolejki. Wiedziałem wtedy, że następnym razem już u mnie nie zagrają – i rzeczywiście zagrali w wyprzedanej Proximie. Zdobyli popularność dzięki TikTokowi, ktoś użył ich muzyki do ilustracji filmów z urbexu i wtedy to eksplodowało, miliony odsłon. Drugi zespół, który przyciągnął dużo ludzi, to Ploho. Oni są z Syberii, chociaż jak wojna wybuchła, uciekli do Serbii – to ruch, który im się chwali. Molchat Doma też potępili rosyjską inwazję na Ukrainę. Na te zespoły przychodziło dużo Ukraińców i Białorusinów, którzy na innych Old Skullach też się regularnie pojawiają, ale nie tak tłumnie.

20 lat Old Skulla

5 kwietnia, zimna fala:
Section 25, 1984, Wieże Fabryk

6 kwietnia, goth:
Corpus Delicti, Miguel & The Living Detah, KOS

Koncerty odbędą się w warszawskim klubie Hydrozagadka.

Padły już nazwy nieistniejących legendarnych warszawskich klubów. 20 lat Old Skulla to również historia miejsc, w których odbywały się koncerty. Często je zmieniasz.
Przez te lata Old Skull zaliczył 23 miejsca, o ile dobrze pamiętam, a niedawno liczyłem. Mapa klubowa w Warszawie zmienia się tak często i szybko, że nigdy nie było szans zakotwiczyć się na stałe, zresztą brak dostępnego terminu w jednym klubie prowokuje do sprawdzania innych miejscówek. Byliśmy na większości małych i dostępnych scen, które pojawiły się w mieście w tym okresie. Jadłodajnia Filozoficzna, Aurora, Kotły, No Mercy, Kosmos Kosmos, Powiększenie, Pogłos, Hydrozagadka, Chmury, by wspomnieć najważniejsze. Takie kluby po prostu szybko padają. Warszawa podlega gentryfikacji, co ma dobre i złe strony. Dobra to taka, że od 10 lat możesz spokojnie jeździć na starą Pragę bez wiszącej nad głową groźby dostania wpierdolu za nic. A słaba strona jest taka, że znikają alternatywne miejsca i możliwości zrobienia czegoś za małe pieniądze.

Warszawa nie troszczy się o przestrzenie, gdzie by się mogła rozwijać oddolna kultura. Wszelkie tradycje miejsc alternatywnych, które tu były, zostały zerwane. Są wyjątki, Ada na Puławskiej, dwa squoty w śródmieściu, w innych miastach tak dobrze nie ma. Ale to, co zrobiono z Pogłosem przy Burakowskiej i lata temu z klubowym zagłębiem na Powiślu, przy Dobrej, to są przykre i irytujące historie. Kluby zlikwidowano, w przypadku Pogłosu od razu wyburzono budynek, a na tym terenie wciąż nic się nie dzieje. Podwórko przy Dobrej już od 15 lat stoi ogrodzone i niezagospodarowane, a pamiętam, jak tłumaczono, że tu będzie wejście do metra. Nowych klubów natomiast nie przybywa, bo coraz trudniej znaleźć miejsce, a jeszcze trudniej je utrzymać. Zawsze są też problemy z sąsiadami, wszyscy mają wymagania, nikt nie chce hałasu. Podwórko przy 11 Listopada jest pod tym względem super, tak jak to przy Nowym Świecie, gdzie było Powiększenie, bo w budynku nad klubem mieszkają freaki. Są tam małe, tanie mieszkania – normalsi ich nie chcą i tak zebrało się towarzystwo, któremu niewiele jest w stanie przeszkadzać.

Są dwie szkoły prowadzenia małych klubów. Pierwsza to robić coś codziennie za stosunkowo małe pieniądze, żeby cały czas był ruch i co za tym idzie, utarg z baru. Druga szkoła to żyłować cenę wynajmu sali i robić eventy raz na jakiś czas, gdy znajdzie się organizator, któremu wciąż opłaca się sporo zapłacić za przestrzeń. Sam od paru lat działam w zagłębiu przy 11 Listopada i Chmury to klub, z którym Old Skull związany jest najdłużej. Czasem robimy też koncerty w Adzie przy Puławskiej, a raz zdarzyło się nawet w Dwóch Kółkach, barze motocyklowym na tyłach Dworca Zachodniego.

Które z tych wszystkich miejsc wspominasz najlepiej?
Ulubione miejsce to była Aurora, nasze miejsce, zdecydowanie. Stało na tym samym podwórku przy Dobrej, co Jadłodajnia Filozoficzna. Klub wielkości naparstka, 150 osób mogło się tam zmieścić tylko siłą woli. Kiedyś menadżer Aurory chwalił mi się, że na koncercie Super Girl & Romantic Boys było 350 osób, ale to na zasadzie rotacji, ci, którzy pierwsi wyszli, już nie wrócili. Ten ścisk sprzyjał integracji, atmosfera była świetna, tamtejsza ekipa dbała o to. Oni przejęli lokal po Liberze i Przyjemskiej, zrobiło się wtedy na maksa punkowo. Słynne były drinki Aurora. W cenie 6 złotych dostawałeś dwa szoty, bo Aurora miała dwie lufy, takie było tłumaczenie – wódka pół na pół z cytryną, dla ciebie i koleżanki czy kolegi. Numer dwa bez mrugnięcia okiem to był Pogłos.

Na koniec proza życia. Jak udaje ci się ciągnąć przez te lata pod względem finansowym? Bo nie zauważyłem, żeby Old Skull korzystał ze wsparcia jakichkolwiek sponsorów czy grantów.
Zacząłem działać na zasadzie punkowej – brakuje ci fajnych koncertów, to zacznij robić je sam! I wciąż do tego podchodzę jako pasjonat. Nie robię Old Skulli dla pieniędzy, ale po to, żeby móc pójść na koncert zespołu, który chcę zobaczyć i poznawać ciekawych ludzi. Przez 15 lat przeważnie dokładałem do Old Skulla. Jeśli sprzedało się zbyt mało biletów, z własnej kieszeni płaciłem honoraria muzykom czy za wynajem sali. I szczerze wątpię, czy przez te ostatnie pięć lat, kiedy idzie trochę lepiej, odzyskałem tę kasę. Ale mam z tego dużo radości. Muszę jeszcze dodać, że Old Skulli nie robię sam, jest też Julianna Frenczyńska, która współorganizuje ze mną koncerty i często odwala przy nich większą robotę niż ja. Ona prowadzi też swój osobny cykl Vieux Crane poświęcony bardziej mrocznym tanecznym brzmieniom, do których ja nie czuję sympatii. Pomaga nam jeszcze kilka osób, które tworzą plakaty, wożą sprzęt i kapele, pożyczają instrumenty. Bez nich nie dałoby się wiele zdziałać.